piątek, 24 lutego 2017

1.

Oskar miał dwadzieścia dwa lata i był na trzecim roku prawa, kiedy został wampirem.
Nie, nie chodzi o wampira sesyjnego, który jest wiecznie blady, niewyspany, i wlewa w siebie hektolitry kawy instant zalanej red bullem. Został dosłownym krwiopijcą. Przypadkiem, bo większość rzeczy w jego życiu to nieszczęśliwe wypadki. Jego studia, jego kot, jego – no właśnie – kły.
Na szczęście większość typowych cech nieumarłego można było łatwo wytłumaczyć studenckim trybem życia, pomocne było też to, że już wcześniej pracował na nocne zmiany w Starbucksie czynnym całą dobę – niech Cthulhu błogosławi wielkie miasta. No i mina ludzi, którzy w odpowiedzi na swoje Och, prawo… Nienawidzę prawników, prawdziwi krwiopijcy! dostawali uśmieszek i zadowolone Taa, wiem coś o tym.
Na pewno oczekujecie mrożącej krew w żyłach historii o jego przemianie. No… cóż. Zawiedziecie się. Nie było walki na śmierć i życie, łopoczących peleryn, błysku kłów, nic z tych rzeczy. Oskar Burzyński, na wpół przytomny po nocnej zmianie, wracał do domu nocnym tramwajem, kiedy pewien mężczyzna pochylił się do przodu i znienacka dziabnął go w arterię. Nasz bohater, będący wtedy w stanie pół-śpiączki, nie zauważył niczego szczególnego do czasu powrotu do mieszkania, kiedy z soczystym kurwa jego mać zauważył plamę na koszuli. Nie myśląc o tym za długo, wrzucił koszulę do pralki, nastawił odpowiedni program – z zimną wodą, tak jak uczyła go mama – i położył się na steranej wersalce ze świadomością tego, że musi wstać za trzy godziny, żeby zdążyć na zajęcia.
Trzy godziny później obudził się, ziewnął, a kiedy zamykał usta, jeden z jego kłów przypadkowo przeciął dolną wargę.
Od tamtego czasu jego życie, wbrew pozorom, stało się dużo prostsze. Jako że nie spał, miał więcej czasu na naukę i pracę. Nie jadł (chyba, że chciał) – więc miał więcej pieniędzy na czynsz, a Grażyna przestała truć mu dupę co miesiąc, kiedy zazwyczaj błagał o dwa dni zwłoki. Ulgą było też to, że cała gadka o tym, jak to słońce pali wampiry, okazała się zwyczajnym bullshitem – wtedy zostałyby mu studia wieczorowe, a kto chciałby studiować prawo wieczorowo. So really, jedynym problemem było załatwianie sobie porcji krwi co kilka dni, ale zdziwilibyście się, jak łatwo jest się wkraść do banku krwi raz na jakiś czas – okna na górnych piętrach są czasem otwarte. Wystarczy wspiąć się po rynnie i po sprawie.
(Oskar przy okazji kilka razy spadł z rzeczonej rynny, ale przecież jest nieśmiertelny, a jego duma była już tak posiniaczona, że było mu wszystko jedno.)
Czy gdyby o tym wszystkim wiedział, chciałby zostać wampirem? Nie, raczej nie. Mimo wielu zalet, wolałby jednak zostać śmiertelnikiem, w końcu kiedyś trzeba umrzeć. Ale czy miał jakikolwiek wybór? Jak to często bywa w życiu… nie. Więc zaakceptował swoją nową naturę, nauczył się nie kaleczyć wargi co ranek, i truchtał przez życie jak zwykle, z tym że teraz lepiej nawodniony. I trochę mniej zmęczony.

- Ja pierdolę – zaklął pod nosem Oskar, kiedy upuścił kolejny papierowy kubek. Na chwilę zniknął pod ladą, policzył do trzech, a potem wynurzył się i posłał klientce przepraszający uśmiech. – Przepraszam, czasem wszystko leci mi z rąk.
            - Nie szkodzi. – Uśmiechnęła się w znany mu już sposób, który mówił Mogę już dostać moją kawę czy mam czekać na Jezusa Zbawiciela? Sporo klientów tak na niego reagowało. Poza stałymi, ci byli mili. No cóż. Oskar odwrócił się, żeby zrobić zamówienie, a przy okazji wywrócił oczami. Może i był fajtłapą, ale bo to on jeden? Przypomniał sobie wszystkie powieści o wampirach, w których istoty mroku były pełne gracji i wdzięku, i ramiona zatrzęsły mu się ze śmiechu. Jasne, wdzięk i gracja, cały on.
            - Zapraszamy ponownie. - Podał klientce jej waniliowe latte na odtłuszczonym mleku z uśmiechem numer trzy, zatytułowanym Kończę zmianę. Potem oddał stery Darkowi, który przyszedł pół godziny wcześniej, i wyszedł, żeby złapać swój standardowy tramwaj – technicznie rzecz biorąc, powinien mieć złe wspomnienia związane z tramwajami po tamtej feralnej przejażdżce, ale tak szczerze, było mu wszystko jedno co się z nim teraz stanie, tak długo jak pieprzony tramwaj nie wykolei się po drodze i zawiezie go do jego kawalerki. Nie miał zbyt wysokich wymagań.
            W mieszkaniu pachniało kocią karmą, kuwetą, i piwem. Bez zapalania światła przeszedł do kuchni i znalazł trochę Whiskasa, którego nasypał do miski. Chwilę potem dostrzegł parę oczu wpatrującą się w niego z progu pokoju.
            - Na co się gapisz, wpieprzaj, Śmierdzielu. – Ach tak. Jego kot. Miłość jego życia. Technicznie rzecz biorąc, nazywał się Hades, ale wszyscy wołali na niego Pan Śmierdziel, i tak już zostało. Ten kot też był przypadkiem. Wlazł mu do domu i więcej nie wyszedł – koty… Oskar nie miał wyboru, kupił trochę Whiskacza i dokarmił bestię, a on się odwdzięczał siadając na ostatnim kawałku pizzy i sikając koło kuwety. Będąc czarnym kotem z trzema łapami i naderwanym uchem nie miał wielkich szans na adopcję, więc Oskar nigdy nie oddał go do schroniska, chociaż była to kusząca perspektywa, zwłaszcza kiedy w środku nocy wdepnął skarpetką w koci mocz i klął pod nosem.
            Hades łaskawie podszedł do miski, spojrzał na nią, potem na Oskara, po czym odwrócił się i odszedł. Oskar zamknął oczy i policzył tym razem do siedmiu. Potem westchnął głęboko i poszedł do pokoju, gdzie usiadł pod kocem z tomiszczem w ręku. Egzamin sam się nie zda. Przewertował książkę, znalazł odpowiedni rozdział, i zaczął czytać.
            Prawo wciągnęło go na tyle, że nie usłyszał kartki wsuwanej pod drzwi ani pospiesznych kroków w sieni.